Wszelkie sprostowania nie odniosłyby żadnego skutku. Profesor zrobił się czerwony i, stukając laską w chodnik, zasyczał:

— Jakiego Chudka!? Proszę nie przekręcać mego nazwiska! To jest oburzające!

— Przepraszam bardzo...

— Do widzenia państwu — ze złością wyrzucił z siebie i ledwie uchyliwszy kapelusza, odszedł szybkim krokiem.

Lusia spojrzała na strapionego Józefa i wybuchnęła śmiechem.

Wówczas i on roześmiał się.

— Dziwak z tego profesora — mówiła Lusia — ale bardzo go lubię.

— To przecież są nieuzasadnione pretensje — tłumaczył się Domaszko — stołek — stołka, a nie stołeka, kubek — kubka, a nie kubeka.

— Oczywiście — uspokajała go Lusia — nie ma się czym przejmować. Ale pan jest dziś w ogóle bardzo zdenerwowany.

Zaczął uskarżać się jej na przeciwności losu. Mówił więc o natrętnym Kowalnickim, który mu wchodzi na głowę, o oszczerstwach dziennikarskich, o wybujałości zasad Piotrowicza, który z niczym i z nikim nie chce się liczyć. Rozżalił się tym opowiadaniem tak, że aż mu głos drżał.