— Biedny pan Józef — pocieszała go Lusia — po co się martwić, wszystko będzie dobrze. Szkoda nerwów.

Timbre jej ciepłego, świeżego głosu był tak przekonywający, że Józef rozchmurzył się od razu.

— A co pani sądzi o naszym „Tygodniku”: czy nie znajduje pani, że jest w nim pewna przesada w tej pasji?

Lusia oświadczyła, że wcale tego nie znajduje:

— Przecież trzeba tępić szkodników.

— A wujenka pani?

— Ach, wujenka! Wujenka powiada, że młodość niepragnąca walki, młodość nierewolucyjna jest tak samo chorobliwa, jak starość nieumiejąca kierować się pobłażliwością, wyrozumiałością i rozwagą. Wujenka jest bardzo mądra.

— Bardzo! — z przekonaniem przytaknął Józef.

— I wie pan co? Wujenka może nie miała panu tego za złe, ale ot, tak, dziwiła się, że pan jest taki... doskonale zrównoważony, a dopiero po wyjściu „Tygodnika” powiedziała mi:

— Pan Domaszko, jak teraz widzę, należy do tych ludzi, którzy nie uzewnętrzniają swego temperamentu, lecz umieją skierować go na działanie w walce czynnej.