— A, Domaszko? — powiedział z obojętnym zdziwieniem — cztoż prikażetie1?
Józefowi serce zabiło młotem:
— Panie dyrektorze — wykrztusił z zaciśniętego gardła, niespodziewanie dla samego siebie po polsku — panie dyrektorze, przyszedłem panu powiedzieć, że cieszę się, strasznie się cieszę z tego, że już skończyłem gimnazjum...
Zabrakło mu tchu.
— Goworitie, pożałujsta, ja ponimaju2 — z pobłażliwą ironią pomógł mu dyrektor — nu, konieczno radujetieś, cztoż dalsze3?
— Tak, panie dyrektorze, cieszę się, że już nie będę musiał chodzić do tego... moralnego więzienia, do tej... obrzydliwej garkuchni, gdzie tępe belfry przez osiem lat karmiły mnie fałszem i obłudą. Nie dlatego to mówię, że to gimnazjum jest rosyjskie, wcale nie o to mi chodzi, ale o tę wstrętną atmosferę. Pan miał mnie zawsze za wzorowego ucznia. Otóż nie. Zawsze nienawidziłem gimnazjum. I pana nienawidzę, i pogardzam wszystkimi nauczycielami. Waszym zadaniem było pogruchotać nasze charaktery, wykrzywić dusze, nauczyć pełzać, spodlić nas, zabić indywidualizm, wdusić pod strychulec4 miernoty...
— Izwiniajuś5 — przerwał dyrektor poważnym głosem — ja skazał czto ponimaju, a wot, okazywajetsia czto nie wsio. Wy, Domaszko, skazali „strychulec”, da?... Czto eto takoje6?...
Józef zmieszał się. Na jego płomienne oskarżenie ten człowiek odpowiada zimnym pytaniem o znaczenie jednego wyrazu?... Nie wiedział, co zrobić.
— Nu7? — przynaglił dyrektor.
Jednak trzeba wyjaśnić, dlaczego nie miałby wyjaśnić?...