Urowień, cztoli8 — wybąkał cicho

— Aha? Nu, prodołżajtie. Eto wieśma intieresno9.

Józef blady jak płótno gniótł w wilgotnych dłoniach „atiestat”.

— Nic więcej, panie dyrektorze... Chciałem tylko powiedzieć, że oni tam wszyscy — ruchem głowy wskazał na salę — że oni okłamują się wzajemnie, mówią o jakichś więzach, jakichś ciepłych wspomnieniach, które mają łączyć przez całe życie nas, wychowanków tego gimnazjum, z tymi murami i z tymi nauczycielami. To jest nieprawda. Ja jeden przyszedłem panu prosto w oczy powiedzieć co myślę, ale tak samo myślą wszyscy. Teraz, kiedy jestem już człowiekiem wolnym, dorosłym, niezależnym, człowiekiem, który ma prawo mieć własne zdanie, własny pogląd, któremu wolno nareszcie być sobą, przyszedłem, żeby panu to wszystko powiedzieć.

Karawajew podniósł głowę i spojrzał mu prosto w oczy:

A zacziem10? Po co?

— Uważałem to za mój obowiązek... etyczny...

— Teks!... Posłuszajtie Domaszko, skolko wam let11?

— Osiemnaście.

— Tak?... A mnie sześćdziesiąt i wot, Domaszko, ja myślał, że ty naprawdę mnie coś ciekawego powiesz, ale ty młokos jeszcze, nie zmądrzał nic nad swoje lata... Czy ty, Domaszko, pomyślał, że za twój postępek możesz ciężko odpowiedzieć? Że ja mogę i atiestat12 odebrać, i wszystkie uniwersytety przed nosem tobie zamknąć, a i policję w to wmieszać... Co?...