Dyrektor wstał, przeszedł się wolnym krokiem po estradzie i położył mu rękę na ramieniu:
— Ale ja tego nie zrobię, Domaszko. Nie potomu13 nie zrobię, żeby tobie pokazać wielikoduszje14 silniejszego, ale dlatego, że mam sześćdziesiąt lat, a wy, Domaszko, nie żaden dojrzały człowiek, młokos, Domaszko, he... he... he... Smotri jego15. Własne zdanie. Własny pogląd... Durak wy Domaszko, jeszcze bolszoj durak16...
Założył ręce pod poły fraka i pokiwał głową:
— Wy przyszli, Domaszko, myśleli, że mnie obrazicie tym wszystkim, a udowodniliście tylko, że u was całkiem zielono w głowie. Ot co. Dużo by ja wam, Domaszko, powiedział, żeby wierzył, że to wam coś pomoże. Sami musicie przechorować swój... obowiązek etyczny. A jeżeli nauczycie się żyzń ponimat’17 to będziecie wiedzieć, gdzie trzymać własne zdanie... Nu, do swidania, proszczaj, mołodoj czełowiek18.
Poklepał go po ramieniu i swoim powolnym krokiem zszedł z estrady.
Józef nie zdążył mu się ukłonić, kiedy już drzwi się za nim zamykały. Był zupełnie roztrzęsiony nerwowo.
Chciał, nie żegnając się z kolegami, wymknąć się do domu, lecz właśnie natknął się na Buszla i Malinowskiego.
— O czym gadałeś ze starym? — zaczepił go Buszel.
— A nie zapomnij — wziął go za guzik Malinowski — że o piątej spotykamy się w budzie i idziemy oblać maturę.
Józef wzruszył ramionami: