— Może i ożenię się — uśmiechnął się Józef. — No, ciociu, tutaj dam trochę na tymczasowe wydatki, a gdy ten... Jakże mu tam?
— Wojtek.
— A gdy ten Wojtek przyjedzie, zajmę się nim. Tylko czy aby przyjedzie?
— Natychmiast przyjedzie — żarliwie zapewniała ciotka.
Józef wyjął zwitek banknotów z pugilaresu i wcisnął jej w rękę. Gdy wreszcie wyszła, błogosławiąc siostrzeńca w imieniu wszystkich główniejszych świętych pańskich, odetchnął.
Naturalnie nowina, którą usłyszał, była bardzo przykra, lecz jakże radośnie brzmiała mu w uszach, w uszach oczekujących tragicznej wiadomości, że on jest sprawcą ciąży!
Zasnął pogodnie i nazajutrz od rana czuł się świetnie. Kazał sobie przysłać do biura odbitkę swego artykułu, starannie zrobił korektę, po czym głośno odczytał sobie artykuł, który — musiał to przyznać — zrobił na nim więcej niż dodatnie wrażenie, zwłaszcza pod względem stylu, misternego, okrągłego i wykwintnego.
Ponieważ właśnie przyszedł Mech w sprawie zatrzymania w komorze celnej transportu francuskich wyrobów gumowych z powodu jakichś nieformalności w świadectwie pochodzenia towaru, przeczytał artykuł i jemu.
— No, jak pan znajduje?
— Hm... owszem — z podziwem powiedział Mech — bardzo pięknie, ale ja tam nie jestem zbytnio wykształcony, więc dla mnie za mądre, niezupełnie zrozumiałem.