— Kocham.
— Mój jedyny... Jak pomyślę, że tak zaraz musimy się rozstać, że dopiero w lipcu przyjadę do Terkacz...
— Jesssusss, Maryja! Natka! Boże drogi — rozległ się głos ciotki Michaliny — czy aby zdążę z obiadem? A ty nic nie mówisz, o której pociąg z Koluszek przychodzi... Polcia na amen już przyjechała...
— Niech się mama nie niepokoi — odpowiedziała Natka — o drugiej piętnaście, zdążymy.
Jeszcze przed drugą byli wszyscy na dworcu.
Wreszcie przyszedł pociąg. Józef pierwszy dostrzegł matkę, rozpaczliwie wymachującą parasolem z okna wagonu trzeciej klasy.
Powitania trwały długo. Pani Domaszkowa ściskała syna i tak głośno akcentowała swoją radość z uzyskanej przez niego matury, że wszyscy pasażerowie oglądali się na nich.
— Cicho, mamo — mitygował ją Józef — po co mama tak krzyczy.
Trochę wstydził się jej prowincjonalnych manier i staroświeckiego stroju.
Pakunków było bez końca. Kuferek, dwa koszyki i torba siatkowa, z której na wszystkie strony sterczało pierze indyka.