— No, nareszcie! — zawołał Piotrowicz — może byście raczyli trochę dopomóc!

— Po to przyszedłem — chłodno odpowiedział Józef.

Nie mógł mu darować ujemnego sądu o artykule. Ostatecznie Piotrowicz mógłby wysilić się na uprzejmość.

Jedyną pociechą był w przelocie złapany uśmiech panny Lusi.

— Przyjdzie pan dziś do nas?

— Jeżeli tylko można, to...

— Kolego — wpadł Piotrowicz — nie czas teraz na flirty. Gdzież ten czek?

— Już posłałem do banku — spojrzał nań nienawistnie Józef, podczas gdy Lusia czym prędzej zabrała się do roboty.

Nareszcie przyniesiono z drukami wilgotny jeszcze od farby pierwszy egzemplarz.

U góry pierwszej strony widniał tytuł: