— Obrażam i będę obrażał za takie świństwo, jakie pan chce mi zrobić...

— Ja nie chcę robić żadnego świństwa i w ogóle podaję do wiadomości panie kolego, że świństwa robią często ci, którzy imputują je innym!

— Panowie — załamał ręce Chudek — tracimy czas na pustą paplaninę.

— Wychodzę — powiedział Piotrowicz i zapiął marynarkę na wszystkie guziki. — Gorzko zawiodłem się na was, kolego!

Profesor przytrzymał go za rękaw:

— Chwileczkę! Miejcież szacunek dla siwych włosów, jeżeli obaj nie macie rozumu.

Zaczął tłumaczyć, reflektować, upominać. Swoje długie wywody ilustrował żywą gestykulacją. Ostrzegał Domaszkę przed takim nagłym zerwaniem, które opinia uczciwych ludzi potępi, ba, niektórzy będą podejrzewali, że ustępujący solidaryzuje się z atakowanymi przez tygodnik łotrami, że wziął może łapówkę za poderwanie finansowych postaw pisma. Z tymi rzeczami trzeba być ostrożnym.

Z kolei uspokojony już Piotrowicz uderzył w nutę obowiązku obywatelskiego i wewnętrznych nakazów moralnych.

I znowu zabrał głos profesor Chudek.

Mówił, że Józef sam sobie robi krzywdę, zamykając przed sobą drogę do rozwoju własnego pióra, które swym pierwszym odezwaniem się zrobiło tak dodatnie wrażenie...