— Niechże pan spojrzy w lustro!

Józef spojrzał posłusznie i zobaczył w owalnej ramce twarz z bardzo głupim uśmiechem.

— Nieprawdaż, wujenko — domagała się uznania Lusia — nieprawda, że wspaniale?

— Jak żyję nie widziałam podobnego arcydzieła — potwierdziła pani Szczerkowska — powinien pan, panie Józefie, odtąd stale przychodzić z rozwiązanym krawatem.

— Rzeczywiście — bąknął i zamilkł.

— Wcale się pan nie zachwyca — oburzyła się Lusia.

— Ależ więcej niż zachwycam się! — zapewniał rozpaczliwie. — Ja... ja... ja nawet tej muszki już nigdy nie rozwiążę.

— Będzie pan spał w niej?

— Nie. Przetnę ją z tyłu i każę dorobić zapięcie.

Lusia pokręciła główką: