Dlatego gdy przyszedł profesor Chudek, zastał Domaszkę w kwaśnym humorze:

— Cóż to — zdziwił się — pomyłka w numerze?

— W jakim znowu numerze?

— No, w loteryjnym. Z rana był kontent i rozdyndany, jakby mu kto w kieszeń napluł, a teraz nos na kwintę.

— Daj pan spokój, profesorze. Mam dość zmartwień.

— Tak? No więc przyniosłem panu jeszcze jedno.

Wydobył z kieszeni pierwszą część artykułu Domaszki o paryskich latach Słowackiego. Część ta miała pójść w najbliższym numerze tygodnika. Gdy Józef rozwinął rękopis krew napłynęła mu do policzków: manuskrypt był bezlitośnie pokreślony czerwonym ołówkiem, w paru miejscach rozdarty.

— Kto to zrobił — zaryczał — kto śmiał to zrobić?

— Piotrowicz — niedbale wyjaśnił profesor — prosił mnie, by panu oddać i powiedzieć, że w tej formie rzecz nie pójdzie do druku.

— Taaak?... A ja panu powiadam, że pójdzie!