— To nie znasz pan Piotrowicza, panie Domaszko. Jemu sam diabeł nie kazałby umieścić tego, czego on nie zechce.
— A ja panu powiadam!... — pienił się Józef.
— Powiadaj pan jemu, co pan mnie dziurę w brzuchu wiercisz.
— To bezczelność! Piotrowicz pojęcia nie ma o tej epoce w ogóle, a wtyka tu jakieś idiotyczne znaki zapytania, jakieś uwagi... O, moi drodzy!...
— Ale nudziarz z pana — stęknął Chudek — bierz pan kapelusz i chodźmy.
Józef automatycznie wyszedł za profesorem i zrównał się z nim dopiero na ulicy:
— A pan co na to powie — sapał — czy pańskim zdaniem jest dopuszczalne, by wydawcy, by właścicielowi...
— To zależy od trzech rzeczy — przerwał Chudek — primo: co, secundo: komu i tertio: jak. Nie czytałem, nie wiem, słyszeć nie chcę. Stawia pan taksa?
Józef kiwnął na przejeżdżający samochód.
— Rynek Starego Miasta — rzucił adres profesor.