— Tak, ale stosunki między ojcem Lusi a Jarzębowiczową nie należały do najserdeczniejszych... Nigdy nie zapomnę — zaśmiała się pani Szczerkowska — jak Maciej określał swoją siostrę...

— Jak tatuś określał? — zainteresowała się Lusia.

— Mówił, że jest to istota, która siedzi na kanapie, ma za złe i patrzy z punktu widzenia. Powiedzonko to stało się niezwykle popularne wśród naszych znajomych i to było jeszcze jednym powodem ochłodzenia uczuć rodzinnych między Terkaczami a Jarzębowem. Otóż ciotka Jarzębowiczowa słynie ze swych kulinarnych ambicji i uważa dzisiejsze panny za zmarnowane pokolenie, ponieważ nie znają się na kuchni.

— Muszę zatem wziąć na drogę Ćwierciakiewiczową63 — powiedziała wesoło Lusia.

— Lektura bardzo odpowiednia na podróż przedślubną — orzekła pani Szczerkowska i wyszła, zostawiając ich samych.

— Jakie to dziwne — odezwała się Lusia — że my będziemy małżeństwem.

— Dlaczego dziwne, panno Lusiu?

— No, czy mogłam przypuszczać, że zostanę żoną tego surowego pedagoga, który mnie dręczył algebrą...

— I którego dręczyłam docinkami — podpowiedział Józef. — Ach, żeby pani wiedziała, panno Lusiu, co za nieznośne dziecko było z pani.

— Za to teraz jestem istnym aniołem — złożyła ręce w małdrzyk.