— Nie, wujenko — śmiała się Lusia.
— Przecież słyszałam hałas.
Weszła, nim Józef zdążył porwać się na nogi, i wszyscy troje wybuchnęli śmiechem.
Wieczorem poszli do kina i Józef, odprowadziwszy Lusię do domu, pożegnał się, gdyż musiał jeszcze przed jutrzejszym wyjazdem omówić niektóre sprawy w „Polimporcie”, gdzie czekał nań Mech.
Wrócił do domu po pierwszej i zaraz położył się do łóżka, lecz wspomnienie pocałunku nie dawało mu zasnąć.
O siódmej był już na nogach, a o wpół do ósmej zajechał po Lusię taksówką.
W przedziale pierwszej klasy byli sami.
— Szalenie lubię podróże! Wiecznie podróżowałabym, gdybym mogła.
— No, to nie jest taka wielka podróż, ale za to najprzyjemniejsza z tych, jakie znam.
— Pan dużo podróżował?