— A ot tu urządziłem taką polewaczkę mechaniczną, jakąśmy z panem przed wojną robili. Ot, proszę spojrzeć, na czerwono malowana.

— I samiście zrobili?

— A sam — zaśmiał się szofer.

Przejechali obok wysokich sztachet parku i zawrócili w lewo przed okazały pałac.

Jarzębowo prawie nie ucierpiało od działań wojennych, a pałac, niedawno widać odnowiony, wyglądał poważnie i dostatnio.

W chwili, gdy wysiadali, wybiegł ogromnego wzrostu starzec z bujną, siwą brodą i z kolosalną dominikańską łysiną.

— Witam, witam — krzyczał niezwykle głośno, zbiegając ze schodów z lekkością młodzieńca — ho, ho, to ty, mała?! Patrzcie państwo, jak to wyrosło? Co za pannica! Niechże cię uściskam!

Bez ceremonii chwycił Lusię w ramiona i nagle wrzasnął jeszcze głośniej:

— A to kawaler? Owszem, owszem. Jarzębowicz jestem.

— Domaszko — uścisnął wyciągniętą wielką prawicę Józef.