Domaszko podał mu rękę, Lusia zrobiła to samo. Pocałował ją w rękawiczkę z szacunkiem, ale bez zbytniego uniżenia i zabrał walizki.
— To wy teraz w Jarzębowie jesteście? — pytała Lusia idąc obok niego.
— A w Jarzębowie.
— A konie zamieniliście na maszynę?
— A ot, w wojsku nauczyłem się szoferki, to teraz u państwa Jarzębowiczów służę za mechanika.
— No i jakże się wam powodzi? — klepał go po ramieniu Józef.
— Ot, żyję sobie... Aby gorzej nie było.
Auto ruszyło prostą, równą szosą. Przy rozstajni, gdzie odchodziła w bok wąska polna droga, Wojtek zwolnił i wskazawszy głową w tę stronę, zawołał:
— A tędy do Terkacz się jedzie.
Słowa te ścisnęły serce Lusi i Józefa. Milczeli przez całą drogę. Dopiero gdy dojeżdżali do Jarzębowa i mijali pięknie oparkanione ogrody warzywne, Wojtek znowu obejrzał się i krzyknął: