W tejże chwili Józef otrzymał potężne klepnięcie po ramieniu, mające być zapewnieniem, że pan Jarzębowicz bardzo się cieszy z ich przyjazdu.

Jednocześnie gdzieś z uwarstwień wyniosłości terenowych pani domu rozległ się głosik Lusi:

— A to, ciotuniu, jest pan Józef Domaszko.

Józef, już pochylony w głębokim ukłonie, otrzymał do ucałowania potężny połeć stanowiący jedną z dłoni pani Jarzębowiczowej.

W rozgłośnym klangorze mowy małżonka zahuczał nagle niemal bas „Kuruchny”:

— Miło mi poznać pana.

— No, no, dosyć tych czułości — wrzeszczał znowu pan Jarzębowicz, jakby wydawał groźne rozkazy zbuntowanej dywizji — myjcie się i do stołu, do stołu, bo pewno jesteście głodni. Puśćże ją, Kuruchno! Ach, z tymi babami!...

Odwrócił się do drzwi i tak natężył głos, jakby dywizja, którą komenderował, znajdowała się o dobrą milę:

— Obiad dawać! Obiad!

— Poczekajże, Kosteczku, daj państwu odetchnąć — zadudnił bas — zaopiekuj się panem Domaszką.