— Co?! Aha!

Chwycił Józefa za łokieć i odciągnąwszy w kąt, zapytał szeptem, który na pewno był słyszany w całym domu:

— Może pan potrzebujesz na osobność? Co?

Jezus, Maria. Lusia na pewno dosłyszała!

— Co? To chodź pan, zaprowadzę cię.

— Dziękuję uprzejmie szanownemu panu, ale nie spieszy mi się.

— Że co, powiadasz? — nadstawił ucho pan Jarzębowicz, zatykając Domaszce nos i usta odnogą swej srebrnej brody.

— Dziękuję, nie spieszy mi się.

— To nie szkodzi, chodź pan. Czasami zdaje się, że jeszcze czas, a tymczasem później trzeba przepraszać towarzystwo. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj.

Nie opuścił Józefa ani na chwilę. Asystował mu, wciąż zasypując gościa pytaniami i dopominając się odpowiedzi nawet z takich dzielnic mieszkania, w których konwersacja na ogół jest dość rzadko uprawiana.