— Szynkwas! Gorzej jeszcze! Garaż, fabrykę, czy za przeproszeniem pani, po prostu szalet! Tfu! Nie, proszę łaskawego pana, to jest do luftu i nie ja będę szpecił kraj takim paskudztwem. Owszem, wybuduję panu dwór jak się patrzy, ale w przyzwoitym stylu. Będzie w sam raz do tych stawów i pagórków. Ale byłbym bałwanem, gdybym stawiał dom w tym miejscu, gdzie od południa zakrywa wzgórze, a całym północnym frontem wystawia się na gładkie pole.
— Więc gdzież?
— Tam, gdzie teraz rosną te dwie sosenki. Tam i tylko tam.
— No, przypuśćmy, że ma pan rację, ale w takim razie i dojazd nie może być od folwarku?
— No pewno — wzruszył ramionami Wiązaga — a któż to robi dojazd od folwarku? Żeby goście koło chlewów musieli przejeżdżać?
— No, dobrze — przyznał Józef — ale wobec tego nie można będzie i wzniesienia wyzyskać na oranżerię!
— A po co państwu oranżeria? To zupełnie zbędne.
— Jednakże...
— Jak Boga kocham! — uderzył się architekt po kolanach — nie dadzą człowiekowi mówić!
— Proszę, proszę pana — poczerwieniał Józef.