— No więc tak, żadnej oranżerii nie będzie, bo i nie dałaby się przylepić do polskiego baroczku.

Józef chciał zaprotestować przeciw „polskiemu baroczkowi”, lecz ugryzł się w język.

Tymczasem Wiązaga naszkicował projekt owego baroczku i pobieżnie wyjaśnił swoje plany. Było to ładne, lecz absolutnie odbiegające od zamiarów Lusi i Józefa.

— Otóż, łaskawi państwo, tak musi wyglądać dwór w Terkaczach i taki będzie — położył ołówek i dodał, zapalając fajkę — przynajmniej ja tam innego nie wybuduję.

— Daruje pan, lecz myśmy chcieli coś zupełnie innego — zauważył Józef.

— Toż wiem. I wcale państwu tego za złe nie biorę, że nie znacie się na tym, jak, co i gdzie trzeba budować. Gdyby wszyscy się na tym znali, po kiego diabła byliby potrzebni architekci.

— Przyznaję — powiedziała Lusia — że pan na tym zna się, a my nie. Jednak my chcemy mieć dom w stylu nowoczesnym.

— A, to proszę bardzo. Partaczy, co takie budki robią, jest bez liku. Ale ja innego nie wybuduję.

Wyciągnął gruby niklowy zegar i rzuciwszy nań okiem, dodał:

— Ja za pół godziny odjeżdżam. Tedy proszę w tym czasie o odpowiedź: przyjmują państwo moje warunki, czy też wolą kogo innego.