Jakoś to będzie — westchnął w końcu i przedarł na pół projekt mechanicznej polewaczki.
Pani Domaszkowa spojrzała na zegarek:
— Boże kochany! Już wpół do piątej! Czy aby zdążymy?!
— Dlaczego mamy nie zdążyć, najwyżej dwadzieścia minut drogi.
— W razie czego — uspokajała ciotka Michalina — weźmiesz Polciu deróżkę. Za trzydzieści kopiejek zawiezie.
Rzeczywiście, nim się wybrali, było już tak późno, że musieli wsiąść do dorożki. Jednakże na rogu Mazowieckiej wysiedli.
— Tak lepiej, synku — powiedziała pani Domaszkowa — nie trzeba ludzi kłuć w oczy swoją rozrzutnością. Boże broń, pan Cezary zobaczyłby przez okno, że my tu deróżkami rozbijamy się!
— No więc cóż nadzwyczajnego — wzruszył ramionami Józef — a stryj to nie jeździ powozem?
— Taki już świat, synku. Ci co jeżdżą powozami oburzają się na tych, co raz na rok trzydzieści kopiejek na deróżkę wyrzucą. A może i słusznie, kto to może wiedzieć?
Drzwi otworzył teraz lokaj, ten sam co siedział przedtem na koźle. Widocznie od niedawna służył w tym domu, bo nie znał ani pani Domaszkowej, ani Józefa. Obrzucił ich krytycznym spojrzeniem i zapytał impertynencko: