— Państwo czego?

Józefowi krew uderzyła do twarzy. Jak ten sługus śmie tak odzywać się do nich! Na usta cisnęły się słowa wyniosłe i obelżywe. Zwymyślałby tego chama od ostatnich!

Na szczęście zdołał się pohamować, bo tylko niepotrzebnie narobiłby przykrości, a i tak nadszedł pan Piotr.

— Witam, witam państwa — zawołał poufale, odsuwając na bok lokaja — prosimy, prosimy.

Józef obrzucił służącego spojrzeniem pełnym pogardy, a pani Domaszkowa zapytała:

— Kochany panie Piotrze, to znaczy, że pan Cezary jest w domu? Bo tak bałam się, czy nie spóźnimy się! Zawszeć kawał drogi z ulicy Freta.

— Jest, jest, a jakże — dobrodusznie uśmiechnął się kamerdyner — zaraz zamelduję.

Usadowił ich w tymże pokoju i wyszedł.

Na jego powrót czekali krótko, lecz dowiedzieli się, że „jaśnie pan poprosi za parę minut”.

— A w jakimż humorze pan Cezary? — dopytywała się pani Domaszkowa.