— Dzięki Bogu wrócił z Zamku zadowolony. Widać powiodło się. O, ja to zaraz wyrozumiem. Jak tylko jaśnie pan w dobrym humorze, to chodzi po gabinecie, mruczy pod nosem i te swoje kiwony w ruch puszcza.
Pani Domaszkowa nastawiła uszu:
— Że co puszcza?
— Te, no kiwony. Takie znaczy się figurki, co to taki chińczyk czy inszy japoniec zrobiony, że jak tylko palcem dotknąć, to on głową kiwa i kiwa bez końca.
— Aha — zdziwiła się pani Domaszkowa — patrzcie no państwo! I to pan Cezary zajmuje się tym?
— Eeee tam, zaraz zajmuje się! Ot, po prostu, chodzi, mruczy pod nosem, a przechodząc czy mimo kominka, czy koło biurka palcem mach!... i już kiwon głową, o tak... bez końca. Czasem to i dwie godziny kiwa się. Sprytnie tak zmajstrowany.
— Wiem, wiem, pamiętasz Józku, u państwa Łyczkowskich też były takie dwie figurki?
— Pamiętam.
— O, u jaśnie pana — machnął ręką kamerdyner — to tych kiwonków jest masa. I duże, i małe, i te w sypialni też.
Rozległy się dwa krótkie ostre dzwonki i Piotr poderwał się z miejsca: