— Dlaczego na szczęście, przecież niektórzy z nich to bardzo utalentowani ludzie!
— Nie przeczę — uśmiechnął się Swojski — ale jako stary praktyk dziennikarski zauważę, że w redakcji ludzie utalentowani są zbędni. Tak, zbędni, a czasem wręcz szkodliwi. Talent idzie zwykle w parze z wybujałym indywidualizmem i z bezkompromisowością w sądach. Wolę mieć do czynienia z mniej uzdolnionymi, a bardziej utemperowanymi ludźmi.
— Może i ma pan rację — zgodził się Józef — zatem nie udało się panu nikogo zatrzymać?
— Owszem. Został doktor Żur. Uważam go za bardzo pożytecznego współpracownika. Czy ma pan coś przeciw niemu? — zapytał, widząc niewyraźną minę Domaszki.
— Boże broń... Wprawdzie nie lubię, by ktoś wsadzał nos w moje sprawy, ale...
— O, jeżeli panu na tym zależy, wymówię mu natychmiast.
— Byłaby szkoda, to jest przydatny człowiek... — słabo oponował Józef.
— Rzecz załatwiona — miękko zakończył Swojski — od jutra go nie będzie w „Tygodniku”.
Nagle Józef przypomniał sobie, że doktor Żur, w razie spiknięcia się z Piotrowiczem i założenia przez tegoż nowego pisma, może opublikować znane przez siebie wiadomości o Mechu i Weisblacie. Byłoby to okropne.
— Nie, proszę pana — powiedział stanowczo — niech Żur zostanie.