— Proszę! — krzyczał Józef. — Proszę mówić! Zaraz!
— Niech matka wyjdzie, to i powiem. Inaczej nie — spokojnie odpowiedział Cześniak.
— To ja pójdę! Ja pójdę. Józieczku, daruj mu, to poczciwy chłopak, ten Wojtek. Ja pójdę, poczekam w przedpokoju.
Ponieważ żaden z mężczyzn nie zaoponował, pokręciła się na miejscu i drepcząc, wyszła.
— A ot, dlaczego — zaczął Cześniak przyciszonym głosem — że Natka mnie przyznała się, iż to z panem też nie tylko w kuzynowskim stosunku jest.
Józef zbladł jak płótno. Przed oczyma zawirowały mu różnokolorowe płatki.
Cześniak widząc wrażenie swoich słów, umilkł i siedział nieruchomo na krześle.
Sprawa była jasna. Józef pojął, że znajduje się w rękach tego draba, który nie omieszka go szantażować. Natka jest podła. Przecież był wówczas smarkaczem i to jej wyłączna wina. Podła!... Teraz z jakąż satysfakcją grosza jednego nie dałby jej.
Z wolna zapanował nad rozhuśtanymi nerwami i zapytał:
— Więc Natka oczerniła mnie przed panem?