— Raz się człowiek żeni — wyjaśnił Swojskiemu — trudno.
— Raz, dwa, albo i trzy — niewinnie zauważył ten.
Po wyjeździe pani Krotyszowej Swojski stał się częstym gościem Szczerkowskich, dokąd wprowadził go Józef.
Swojski najczęściej improwizował przy fortepianie, a Józef z Lusią siedzieli na kanapce i rozmawiali półgłosem.
Gdy wkrótce po powrocie z Jarzębowa Lusia dowiedziała się o zmianie w redakcji w „Tygodniku Niezależnym”, była tym zaskoczona. Na szczęście Swojski w swój aksamitny sposób umiał tak postawić kwestię, że Lusia nie mogła potępić postępowania narzeczonego. Byłoby gorzej, gdyby spotkała Piotrowicza, ale ten gdzieś przepadł jak kamień w wodę i słuch o nim zaginął.
Jednak Józef nie wyzbył się zupełnie niepokoju i wciąż dowiadywał się od doktora Żura, czy nie wie, gdzie się obraca i co porabia Piotrowicz. Żur wszakże też nic o tym nie wiedział, gdyż pozostając w wydawnictwie, musiał zerwać stosunki z dawnym zespołem.
— W każdym razie nie ma go w Warszawie — zapewniał Józefa.
Lusia nie chciała za nic w świecie obejrzeć mieszkania. Więcej, bo błagała wujenkę, by ta nie mówiła jej, co i jak jest urządzone.
— Pozwólcie mi mieć niespodziankę — prosiła.
— A jeżeli się pani nie spodoba! — pytał zmartwiony. — Wówczas chyba powieszę się z rozpaczy.