— Jednak zadzwonię po pogotowie ratunkowe — niepewnie powiedział Józef.
— Nie, nie, niech pan odszuka w katalogu: doktor Jarecki, doktor Jan Jarecki. Mokotowska pięćdziesiąt dziewięć i niech pan mu powie...
Lusia zwilżyła chusteczkę w wodzie kolońskiej i próbowała cucić panią Szczerkowską, która robiła wrażenie martwej. Biegając wśród poprzewracanych mebli, na próżno szukała flakonu z amoniakiem.
Tymczasem Józef po kilku próbach zdołał się połączyć z doktorem Jareckim, który na szczęście jeszcze nie spał.
— Ja tu dzwonię od państwa Szczerkowskich. Czy nie mógłby pan doktor natychmiast przyjść?
— Mam gości. Czy to Ignacy mówi?
— Nie... Tu mówi Domaszko. Moje uszanowanie panu doktorowi.
— Moje uszanowanie. Co tam, pana Szczerkowskiego znowu przywieźli nieprzytomnego?
— Nie, gorzej. Stało się nieszczęście. Przyszedł sam do domu i dostał ataku furii. Przy tym rzucił lampą w panią Szczerkowską i ona leży teraz nieprzytomna, nie daje znaku życia. Próbowałem...
Trzask słuchawki przerwał mu. Widocznie doktor położył tubę.