W pieć minut zjawił się zdyszany i zaczął badać omdlałą.

— Niech pan wyjdzie — powiedział szorstko do Józefa, przyglądającego się jego zabiegom. — Panno Lusiu, proszę mi podać zimną wodę.

Józef poszedł do salonu, usiadł i czekał.

W stojącym naprzeciw lustrze zobaczył, że ma zwichrzone włosy, że jest bez kołnierzyka i że w ogóle wygląda nieprzyzwoicie.

„Taka awantura — myślał — i to akurat w przeddzień naszego ślubu! To się nazywa pech”.

Usłyszał szmer otwieranych drzwi, więc wyjrzał do przedpokoju. Okazało się, że to wrócił Ignacy. Już z samego wyglądu Józefa domyślił się, że pan wrócił, i że musiało się stać jakieś nieszczęście.

Józef właśnie zaczął mu opowiadać, co i jak zaszło, gdy do przedpokoju weszła Lusia z gumowym pęcherzem i wysłała Ignacego po lód.

— Panno Lusiu — próbował zatrzymać ją Józef — jakże tam?...

— Lepiej — odpowiedziała i zniknęła za drzwiami.

Znowu minął kwadrans oczekiwania, póki nie przyszedł Ignacy: