— Może pan pomoże mi przenieść naszego pana do gabinetu?

— Owszem, a jakże pani?

— Oddycha, ale doktor wciąż głową kręci.

— Nie odzyskała przytomności?

— Nie.

Weszli na palcach do sypialni wyglądającej teraz jak ambulatorium. Lusia właśnie podawała doktorowi pudełko z zastrzykami podskórnymi. Pani Szczerkowska półsiedziała, oparta o stos poduszek, do pasa obnażona, z zamkniętymi oczyma i wciąż trupio blada.

Z trudem wydobyli spod stołu bezwładnego pana Szczerkowskiego i z wielkim wysiłkiem przenieśli go do gabinetu.

— Posadzimy go tymczasem na fotelu — powiedział służący — gdy pościelę na otomanie, rozbiorę go i ułożę.

Sina twarz nieprzytomnego tak oparta była o poręcz fotela, że z półotwartych ust ściekała gęsta ślina. Pokój napełnił się ohydnym odorem fermentującego alkoholu.

Józefowi zrobiło się niedobrze. Zakrywając nos i usta chusteczką, zapytał: