— Ignacy da sobie sam radę? — i nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Napił się w jadalni zimnej wody, zjadł znaleziony plasterek cytryny i znowu czekał w salonie.
Dopiero około drugiej wszedł doktor.
— No jakże, doktorze? — zerwał się Józef.
— Hm... na razie nie umiem nic powiedzieć.
— Ale żadnych śmiertelnych ran nie ma?
— Ran? Nie. Drobne zadrapania. Ale mam wrażenie, że otrzymać musiała silne uderzenie w okolice serca lub też padając... hm... Dość, że stan jest poważny.
— Boże drogi! A jest już przytomna?
— Owszem. Chciała nawet mówić, ale zabroniłem. Pan jest narzeczonym panny Hejbowskiej?
— Tak...