— Pan? Jak to pan? — podchwycił prawie z rozpaczą w głosie.

— Więc czy ty nie widzisz tego? — poprawiła się.

Słowo „ty” zabrzmiało w jej ustach tak twardo, szorstko, obojętnie, że aż się wstrząsnął.

Milczał. Milczał, bo w ogóle nie słyszał pytania, bo wszystko zamknęło się w nim, zatrzasnęło pod tym tonem, jakim wypowiedziała swoje pierwsze „ty”...

Lusia inaczej zrozumiała jego milczenie i odezwała się jeszcze chłodniej:

— Jak chcesz. Jestem twoją żoną i masz prawo nie pozwolić mi na spełnienie nawet tego, co uważam za swój obowiązek.

— Lusiu! — krzyknął z przerażeniem.

— Muszę zastosować się do twojej woli — powiedziała i spostrzegł, że drżą jej usta.

— Ależ Lusiu, czy ja coś podobnego mówiłem? — zawołał boleśnie. — Czyż żądałem? Czy chociażby prosiłem cię, byś zmieniła swoje zamiary?

— Nie, ale myślałeś o tym — odpowiedziała urywanym głosem.