W mieszkaniu cicho było i smutnie. Przy stole wspaniale nakrytym do kolacji nikt nie usiadł, nikt nie zwrócił uwagi na powódź kwiatów, w których tonęło mieszkanie.

Józef oprowadził Lusię po wszystkich pokojach, opowiadając, pokazując, wyjaśniając.

Roztargnionym wzrokiem wodziła po ścianach i słuchała z bladym uśmiechem jego mowy, wyglądała jednak tak, jakby nie słyszała ani słowa.

— Nie podoba ci się nasz dom — powiedział ponuro.

— Ale, cóż znowu — zaprzeczyła — owszem, bardzo się podoba.

— Tak? — bąknął z wyraźnym niedowierzaniem w głosie.

— Zapewniam cię, Józku. Tylko widzisz... ja jestem bardzo zmęczona. Przez dwie doby nie zasnęłam ani na chwilę.

Teraz dopiero spostrzegł, że Lusia jest strasznie blada i że ledwie trzyma się na nogach.

— Boże drogi — żałował — biedactwo, kochanie moje, trzeba natychmiast położyć się do łóżeczka.

Czym prędzej zakrzątnął się.