— Dzień dobry!
Ona jednak nie dosłyszała. Stała jeszcze chwilę, wciąż się uśmiechając, tylko już nie powiewała liściem łopuchu.
Z alejki lipowej nagły zakręt prowadził w bok do oficyny wuja Mieczysława. Wprost jechało się do domu. Na oficynie dach pokryto w wielu miejscach nowym gontem, wyglądał teraz jak srokacze wuja.
Józef nie wszedł do domu, lecz pobiegł z powrotem na spotkanie Hanki. Jednakże zaraz na zakręcie wpadł na panią Hejbowską. Szła z książką w ręku, z czerwoną parasolką i ze swoim jamnikiem.
Na ukłon Józefa odpowiedziała uprzejmym skinięciem głowy:
— O, witam! Pan Józef!... Patrzcie państwo, to już dorosły mężczyzna!
Szurgnął nogą tak zamaszyście, że obsypał piaskiem i swoje buty, i pantofelki pani Hejbowskiej.
— Moje uszanowanie pani — głośno pocałował ją w rękę.
— Jakże matura? Pomyślnie!
— Dziękuję. Dobra, proszę pani.