Pani Hejbowska podniosła do oczu lorgnon i obrzuciła go badawczym spojrzeniem:
— No, no — powiedziała uprzejmie — to winszuję. A jakież zamiary na przyszłość? Pewno po wakacjach znowu do Warszawy, na medycynę, słyszałam?
Józef poczerwieniał:
— Nie, proszę pani, jadę do Paryża i mam studiować filozofię.
Zdumienie wyraziło się na pełnej twarzy pani Hejbowskiej gwałtownym wzniesieniem się rzadkawych brwi.
— Mój stryj — wyjaśnił Józef — życzy sobie tego.
— Aha! No i zapewne poniesie koszta. Zatem ruszyło go sumienie?
Józef miął czapkę w ręku, nie wiedział, co ma odpowiedzieć.
— Stryj zawsze był dla mnie dobry — bąknął.
— No tak, ale nie mógł pańskiemu ojcu darować, że zrobił mezalians, żeniąc się z Kijakowiczówną. Widocznie przeszło mu to na starość. Bo chyba już ma po sześćdziesiątce?