— Chyba sześćdziesiąt sześć czy siedem, jak oblicza mama.
Właśnie nadeszła Hanka i nieśmiało zbliżyła się do nich. Józef chciałby ją mocno wyściskać, jednakże w obecności pani Hejbowskiej krępował się i tylko raz pocałował siostrę w policzek. Biedna, kochana Hanka...
— A to dobrze, że panna Hanka już wraca — odezwała się oschle pani Hejbowska — bo trzeba spieszyć z koszulkami nocnymi Lusi i pocerować moje pończochy. Położyłam je na komodzie w sypialni.
— Już idę, proszę pani.
— I niech panna Hanka dopatrzy, jak Karolcia prasuje różową sukienkę Lusi, żeby plisek nie zaprasowała.
— Dobrze, proszę pani.
Odeszła szybko, a Józefowi serce ścisnęło się mocno.
„Traktuje ją jak służącą — pomyślał z goryczą — miał rację Buszel, że kapitaliści wyzyskują. Ale cóż na to poradzić, przecież Hanka musi zarabiać...”
Jednakże do pani Hejbowskiej uczuł silny przypływ niechęci. Już chciał pożegnać ją i iść do oficyny, lecz zatrzymała go pytaniem:
— A panu pewno trudno będzie z francuskim? Nie mówi pan płynnie?