O jedenastej wieczór rozdano pierwsze karty, a już o trzeciej w nocy Józef Domaszko był bez grosza przy duszy.

Wracając do swego baraku razem z Pastuszkiewiczem, miał tak ponurą minę, że ten poklepał go po ramieniu.

— Nie martw się pan. Damy jakoś sobie radę.

Domaszko beznadziejnie westchnął.

— Słuchaj młodzieńcze — wziął go Pastuszkiewicz pod łokieć — jutro po południu zgłosi się do pana starszy sanitariusz Kuszer po czterysta kompletów bielizny. Otóż jego pokwitowanie opiewa na cztery komplety. Rozumiesz pan?

— Nie rozumiem.

— Eee — machnął ręką zniechęcony Pastuszkiewicz — no, jednym słowem, wydasz mu pan na to pokwitowanie czterysta kompletów.

— Jakże to?...

— Ależ z pana ciapa! Mała omyłka. Nie rozumie pan? Errare humanum est29! Wszyscy tu się mylą, bo i dlaczego by nie?

— Hm — bąknął Domaszko — jednak to cudza własność.