Józef nie wiedział, co ma robić. Rzeczywiście Pastuszkiewicz był jego zwierzchnikiem, ale jeżeli sam rąk nie umacza w tej brudnej sprawie, to ostatecznie będzie w porządku. Kwity przecież i tak musi zdawać Pastuszkiewiczowi.

— No, więc jak? — hamował irytację Pastuszkiewicz — załatwione?

— Ja może zachoruję — powiedział Domaszko.

— Więc choruj pan do ciężkiego diabła! Dobranoc.

— Dobranoc panu naczelnikowi.

— Ale! — zawrócił tamten. — Słowo szlacheckie, że pan nie podłoży świni?

— Jakiej świni? — zdumiał się Domaszko.

— No, że pan nie będzie mi właził w paradę.

— Nie będę.

— Słowo honoru?