— Słowo honoru — zapewnił Domaszko. Pastuszkiewicz potrząsnął jego ręką:
— Po klucze od składu przyślę Zazulina. Dobranoc.
— Dobranoc panu naczelnikowi.
Józef przez pół nocy nie spał, rozmyślając nad oczywistą malwersacją Pastuszkiewicza. Doskonale zdawał teraz sobie sprawę z tego, że wszyscy tu na „punkcie” robią to samo, a może i na innych punktach, może i na całym froncie.
Co też stryj Cezary powiedziałby na to?
Gdyby stryj nie był tak daleko, Józef mógłby prosić go o radę. W obecnych warunkach uznał za najsłuszniejsze niemieszanie się do cudzych spraw.
„Abym tylko ja był w porządku” — myślał, zasypiając.
Rano powiedział dieńszczykowi, że jest niezdrów i nie wstanie z łóżka. Kancelista Zazulin przyszedł po klucze i — bydlę — pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek, gdy pytał o zdrowie. Wobec tego Józef posłał po doktora Morgenbluma.
Lekarz wpadł przed obiadem. Był podniecony i roztrzepany.
— Z Pitra dziwne wiadomości przychodzą — powiedział tylko i nie chciał dać dalszych wyjaśnień.