— No pewno.
— Więc ja panu to powiem, panie Domaszko: należy się panu połowa, mowy nie ma, ale z tej drugiej strony tymczasem chyba panu sto rubli wystarczy?
— Ja nie rozumiem, panie naczelniku, o co panu chodzi?
— Z panem to ciężko — westchnął Pastuszkiewicz — łopatą trzeba kłaść do głowy, a ja do takiej fizycznej pracy mam za słabe zdrowie. Krótko mówiąc: weźmiesz pan setkę?
Józef poczerwieniał:
— Dziękuję panu naczelnikowi, ja... naprawdę... nie potrzebuję...
Pastuszkiewicz wstał i rozstawiwszy nogi, wziął się za boki:
— To tak?!... To pan chce tu na nas donosy pisać?! To pan na przeszpiegi do nas na „punkt” przyjechał?!
— Ależ, panie naczelniku!...
— To z pana taki rodak, Polak i katolik, żeby rodzonego ziomka gubić, krzywdę bliźniemu robić?! Tfu! Nie spodziewałem się tego po panu.