Józef usiadł na łóżku i rozpaczliwie zawołał:
— Kiedy ja żadnych donosów nie zamierzam robić! Ja o niczym nie wiem, nic nie widziałem i koniec.
— Słowo?
— Słowo honoru, panie naczelniku.
Pastuszkiewicz sięgnął do kieszeni, odliczył pieniądze, zwinął je w rulon i podał Domaszce:
— Masz pan. Niech będzie sto pięćdziesiąt.
Józef zadygotał i schował ręce pod kołdrę.
— Ja nie potrzebuję, panie naczelniku — prosił — mnie naprawdę przyślą pieniądze. Dziękuję bardzo, ale nie potrzebuję.
Pastuszkiewicz zrobił jadowitą minę:
— Taki z pana spryciarz, panie Domaszko? No, trudno, masz pan dwieście. Niech pana diabli wezmą!