Pułkownik z Pastuszkiewiczem wrócili ze sztabu dywizji i nareszcie stało się wiadome, co robić:
— Ma się rozumieć, że cieszyć się! Nareszcie spadło jarzmo absolutyzmu! Nareszcie nastała wolność! Każdy z westchnieniem ulgi zrzuci z siebie hańbiące człowieka miano „poddanego”, dziś jest obywatelem kraju, dziś jest jego współwłaścicielem!
„To nie jest złe — myślał Józef Domaszko, licząc paczki z odesłaną z pralni bielizną — to nie jest złe...”
Jeżeli było prawdą to, że szpiedzy niemieccy opanowali dwór cesarski, jeżeli rzeczywiście Mikołaj uznał, że sam nie potrafi prowadzić wojny, że nie umie kierować państwem, że naród lepiej to zrobi — a no, to, oczywiście, trzeba się cieszyć.
Zresztą cieszyli się wszyscy. Dlaczegóż by on, Józef Domaszko, miał być wyjątkiem?
Trapiły go tylko obawy: co stryj Cezary sądzić o tym może? Napisał do stryja list, drugi, trzeci, posłał nawet wiersz opisujący bitwę dzielnej piechoty — i nic, żadnej odpowiedzi.
Tymczasem zaczęły się dziać rzeczy wymagające rady i wskazówek stryja Cezarego.
Na „punkcie” odczytywano dzienne rozkazy, a w nich zbyt często mówiło się o powstawaniu wojskowych formacji polskich, które mają być wyodrębnione w samodzielne grupy. Rząd Tymczasowy uznał niepodległość Polski.
Józef wprawdzie przypomniał sobie przy tej okazji gest Zagłoby obdarowujący króla szwedzkiego Niderlandami — cała Polska była teraz w ręku Niemców — ale przecież ze strony Rządu Tymczasowego było to bardzo piękne.
Co począć?