Korpus — jak z wesołą miną powiedział im kapitan Borek — i tak miał multum zaopatrzenia:

— Starczyłoby na pięć korpusów!

I z ludźmi też nie bardzo wiadomo było co robić. Pastuszkiewicz urządził się dzięki znajomościom w kancelarii prowiantowej. Józef przez dłuższy czas był bez przydziału, zanim nie spotkał Radosławskiego.

Ten dostał już funkcję adiutanta dowódcy taborów dywizyjnych i na takież stanowisko wciągnął Domaszkę.

Roboty nie było wcale, bo chociaż tabory przedstawiały się imponująco, samych adiutantów, oficerów i urzędników wojskowych było kilkunastu.

Jednakże atmosfera panowała tu zupełnie inna niż w oddziałach rosyjskich, z którymi Józef dotychczas się zapoznał.

Powszechnie dyskutowano o sytuacji politycznej w Rosji i na froncie, nadchodziły wiadomości z okupowanej Warszawy i Wilna. Wyraźnie mówiło się o niepodległości i podnosiło się cenność własnej siły zbrojnej.

Tymczasem przyszło lato.

Józef Domaszko przeniósł się do intendentury w Bobrujsku, gdzie spotkał kapitana Parczewskiego, sąsiada państwa Hejbowskich. Parczewski znał dobrze wuja Mieczysława, a Józefa widywał w Terkaczach jeszcze jako małego chłopca.

Teraz miewał wiadomości z Polski. Od niego też Józef dowiedział się, że Terkacze zostały doszczętnie zniszczone podczas działań wojennych i że podobno pan Hejbowski został zabity odłamkami pocisku. Czy pozostali mieszkańcy majątku uszli z życiem, nie wiadomo. Są tylko pewne informacje, że front został przerwany niespodziewanie i że Terkacze, jak Puszota, majątek Parczewskiego, przez sześć godzin były pod huraganowym ogniem artylerii niemieckiej.