Pożegnał się, mówiąc, że będzie często przychodzić, lecz że teraz ma bardzo wiele interesów na głowie.
Istotnie miał wiele rzeczy do załatwienia. Znaczna ich część dotyczyła spadku po stryju Cezarym. Poza tym musiał przecież zapisać się na uniwersytet. Na szczęście większość potrzebnych dokumentów miał przy sobie, dzięki czemu w ciągu tygodnia został przyjęty.
Na ulicy Freta bywał często. Męczyły go te wizyty, ale przecież nie mógł dać im odczuć, że teraz, jako człowiek zamożny, stroni od nich. Bał się tylko jednego: — ewentualnych zalotów Natki. Dlatego obwarował się przed tym chłodem i powagą.
Mógł się zresztą zasłaniać pracą. Uniwersytet pochłaniał mu istotnie masę czasu. Nie ograniczając się do studiów obowiązujących, Józef czytał bardzo dużo.
Z wielkiego biurka stryja Cezarego znikły pudła od cygar, ozdobne popielnice, świeczniki. Zostały wyparte przez stosy grubych tomów, słowników i dzieł naukowych.
Ostały się z tej inwazji tylko dwie porcelanowe figurki chińczyków kiwających głowami. Józef nie usunął ich po pierwsze przez wzgląd na pamięć stryja, który tak je lubił i po drugie z własnej sympatii do tych „kiwonów”, które swoim spokojnym, zrównoważonym, niezmiennym ruchem wytwarzały atmosferę powagi i porządku, ciszy i dosytu.
Za szerokimi oknami gabinetu tak inny, tak niepokojący panował nastrój.
Oczywiście Józef Domaszko cieszył się również, że oto ojczyzna zmartwychwstała, że znowu jest niepodległa, że ma własny rząd i wojsko. Rozumiał, że muszą w takiej sytuacji ścierać się programy obozów politycznych, że sprawa położenia podwalin pod gmach państwa musi wywoływać rozbieżności zdań. Jednakże gorszył się trochę nadmiernym hałasem sporów, odbijających się głośnym echem na uniwersytecie.
Przede wszystkim należy uczyć się, uzyskać dyplom, stać się pożytecznym obywatelem kraju.
Tak powiedział profesor Pielnicki i niewątpliwie miał najświętszą rację.