Wreszcie ciotka Michalina ciężko się podniosła z krzesła, przygarnęła głowę Józefa do swej chudej piersi i wyszeptała:

— Nie żyje, biedactwo. Panie świeć nad jej duszą, nie żyje... Zostawiła cię sierotą...

— Umarła?... — przez ściśnięte gardło wyrzucił Józef.

— Zabili... dziecko drogie, zabili. Granaty i szrapnele podobno z ziemią zrównały cały dwór... Jedna wielka mogiła.

— Jak to? Wszyscy zginęli?...

Dowiedział się teraz, że tylko wuj Mieczysław ocalał, bo akurat był w polu i Lusia Hejbowska, bo Francuzka ukryła się z nią w dole po kartoflach. Po matce Józefa i śladu nie zostało, bo oficyna spłonęła doszczętnie, a Hankę walący się komin przygniótł.

Józef zakrył oczy chustką i płakał.

Ciotka Michalina zaproponowała mu herbaty, którą fuksem udało się jej zdobyć, lecz on podziękował.

Z kolei musiał opowiadać o sobie. Mówił niechętnie i ogólnikowo.

Wobec tych dwóch kobiet stwierdził w sobie jakieś uczucie obcej bliskości własnego świata, który się odeń oddalił. Cóż im do niego, a jemu do nich?