— Ale to może być równoznaczne z wydaniem tego człowieka na śmierć!

— Tym lepiej. Jest szpiegiem i musi być unieszkodliwiony.

— Rozumujesz zbyt po męsku — odezwałam się po chwili. — Sprawa wcale nie jest taka prosta. Nie bierzesz pod uwagę, że stosując się do twojej rady, wydam człowieka, który nikogo poza mną jedną nie ma na świecie. Człowieka, który mi zaufał. Inaczej byś traktował tę sprawę, gdybyś to ty był na jego miejscu.

Romek uśmiechnął się.

— Nie mógłbym być na jego miejscu z dwóch przyczyn. Po pierwsze, nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, w której chciałbym ciebie narazić na jakieś niebezpieczeństwo, a po drugie, nie jestem szpiegiem. Natomiast ty przede wszystkim musisz liczyć się z tym, że jesteś Polką, żoną polskiego dyplomaty. Jakże możesz zastanawiać się nad tym, czy współdziałać z kimś, kto jest wrogiem państwa?!

Nie mogłam odmówić mu słuszności. Zresztą najprawdopodobniej sama postąpiłabym tak, jak mi radził. Ale przecież to nie może zmienić faktu, że mam prawo cierpieć z tego powodu.

Romek doprawdy byłby interesującym chłopcem, zupełnie interesującym, gdyby nie ta jego powaga, gdyby nie ta dziwna mania dopatrywania się w zwykłych życiowych i przeciętnych sprawach jakichś wielkich przeznaczeń. Jestem przekonana, że gdybym go pocałowała, gdy mnie żegnał w bramie (a mówiąc nawiasem, miałam na to ochotę), uważałby, że jest to równoznaczne z postanowieniem rozwodu, i natychmiast pojechałby do krawca, by zamówić sobie ślubny frak. Romek nie uznaje żadnych połowiczności. Jestem przekonana, że nie rozumie, co to jest flirt, a romans mógłby pojąć tylko jako czysty związek dusz, i to koniecznie na Capri. Naturalnie związek dozgonny. I żeby być pochowanymi we wspólnym grobie. Pomyśleć: ile ten chłopak traci przyjemności, jakie na pewno nie ominęłyby go, gdyby nie ta jego mordercza serio postawa wobec życia.

Szkoda.

Zabrałam wszystko. Tak mi major kazał przez telefon. Kury, opakowanie i list. Gdy tylko zjawiłam się w biurze w pokoju majora, zaraz przyszedł tam pułkownik Korczyński i jeszcze jakichś dwóch panów po cywilnemu. To straszna rzecz, co oni wyprawiają. Oglądali wszystko przez lupy, nie wyłączając kur. Badali papier, sznurki, klej, atrament. Coś tam zabierali do prześwietlenia, nieszczęsne kury pokrajali scyzorykiem, jakby się spodziewali, że i w nich może się coś znaleźć. Na zakończenie major zatarł ręce i powiedział:

— Wszystko doskonale się składa. Proszę, niech pani weźmie ten kluczyk.