— Masz do mnie jakieś dziwne pretensje. Jestem trochę zmęczony. To wszystko.

Właśnie mijaliśmy stolik tej kobiety. Pieszczotliwym ruchem palców pogładziłam jego dłoń. Ona wprawdzie tego nie dostrzegła, lecz Jacek poczerwieniał i widziałam, jak mu się zacisnęły szczęki. On się musi bać tej kobiety.

Powiedziałam perfidnie:

— Zachowujesz się tak, jakbyś chciał zademonstrować, że nudzą cię i męczą moje czułości.

Jacek z lekka zmarszczył brwi i zmuszając się do przyjemnego wyrazu twarzy bąknął:

— Sama wiesz, że to nieprawda.

— Być może — nalegałam. — Ale ty chcesz, by wszyscy tu na sali pomyśleli, że to prawda.

— Zapewniam cię, Haneczko, że to urojenia.

— A ja cię zapewniam, że już nigdy z tobą nie zatańczę.

— Doprawdy cię nie rozumiem. Masz do mnie pretensje o to, co wcale nie istnieje. A poza tym mogłabyś się zdobyć na tyle wyrozumiałości, by uznać, że każdemu wolno czasami nie mieć usposobienia do tańca.