Omal nie krzyknęłam z przerażenia. Odskoczyłam w tył. O ile mogę sobie przypomnieć, raczej zdawało mi się, że mam do czynienia z wariatem. No, bo proszę sobie wyobrazić: przygarbiony starzec o niechlujnym wyglądzie zewnętrznym i zmierzwionych, siwych włosach wyciąga rękę i szepcze do mnie tak, jakbyśmy byli w najintymniejszych stosunkach. W dodatku ma jeszcze czerwone obwódki dookoła oczu. Przecież to okropne!
— Więc nie poznajesz mnie? — powiedział.
I teraz właśnie go poznałam. To był Robert. Ale jak okropnie się zmienił! Jakie straszne musiały być jego przejścia, skoro wyglądał naprawdę staro, niezależnie od charakteryzacji, i ta charakteryzacja! Mogłabym przyglądać mu się godzinami i nie wiedzieć, że to on.
— Nie poznajesz mnie? — powtórzył.
Ze strachu i wrażenia nie mogłam z siebie wydobyć głosu. Ręce mi drżały.
— Poznaję — zdołałam wymówić.
— Nie mam wiele czasu, kochana. Przyszedłem tylko po to, by odebrać, coś wyjęła z sejfu. Innym, razem, za dwa, trzy dni, zatelefonuję do ciebie. Czy masz tę paczkę?
Skinęłam głową
— Owszem, mam.
Serce waliło mi jak młotem.