— Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

Przerwał borowanie i dając mi ręką znak, bym się nie odzywała, przyłożył ucho do dziury.

— Nie. Zdawało mi się tylko. Do wieczora wszystko będzie gotowe. Założy się mikrofon, wzmacniający dźwięki, będzie pani mogła wygodnie, siedząc tu na kanapie ze słuchawkami na uszach, słuchać tego, co się dzieje na dole, jak audycji radiowej.

— To nadzwyczajne! A czy również można będzie widzieć?

— To byłoby znacznie trudniejsze i wymagałoby dłuższych zabiegów. Nie mam zresztą ze sobą odpowiedniego aparaciku, skonstruowanego na zasadzie peryskopu. Uważam jednak, że świetnie się bez tego obejdziemy, gdy podzielimy role. W wypadku, gdy będzie nam zależało na stwierdzeniu, kto jest u tej pani, pani może słuchać tutaj, a ja zejdę o piętro niżej i zobaczę, kto od niej wychodzi.

Czyż mogłam mu nie przyznać, że jest genialny? Z przyjemnością zostałabym u niego dłużej, ale zaczęło mnie niepokoić, dlaczego ta wydra nie wraca. O czym oni ze sobą mogą tak długo rozmawiać? Chyba Toto opowiada jej o swojej stajni wyścigowej. W każdym razie należało to sprawdzić. Teraz jednak nie chciałam bynajmniej spotkać jej u Tota. Przeczekałam jeszcze kilka minut i pożegnałam się z panem Fredem, obiecując, że będę z nim w kontakcie telefonicznym.

W lecznicy dowiedziałam się, że ta pani wyszła już przed godziną. Widok Tota wprawił mnie w zdumienie: wstał już z łóżka i siedział w szlafroku na fotelu. W wazonie, oczywiście, były świeże kwiaty. Ona tymi kwiatami tak go rozpuści, że będzie mu się naprawdę zdawało, że na nie zasługuje. Ode mnie nigdy nie dostał najmniejszego kwiatka. Dawałam mu wyłącznie krawaty, i to tylko po to, by ustrzec się przed jego straszliwym gustem. Potrafił czasem zjawić się publicznie w takim krawacie, że wstyd mi było z nim siedzieć przy jednym stoliku.

Był w wyśmienitym humorze i przyjął mnie z taką zadowoloną z siebie swobodą, że wyglądało to chwilami na pobłażliwość. Myślałam, że pęknę ze śmiechu. Po tym jednym poznałabym zawsze, że była u niego jakaś kobieta. Byle sukcesik u byle baby wprawia go w to poczucie pewności siebie, utwierdza go w idiotycznym przekonaniu, że jest donżuanem, któremu żadna się nie oprze, o którego względy zabiegają wszystkie.

Oczywiście udałam, że tego wszystkiego nie dostrzegam.

By mu z lekka dać po nosie, zaczęłam opowiadać, że spotkałam hrabiego Batiglioni i że spędziłam z nim całe przedpołudnie. Toto zawsze był o niego zazdrosny. Batiglioni nie tylko bowiem jest prawie tak bogaty jak on, ale w dodatku spokrewniony z domem sabaudzkim. Obaj nie znosili się zawsze wzajemnie i cięli się przy każdym spotkaniu, przy czym górą był zawsze Włoch, o wiele przewyższając Tota nie tylko inteligencją i dowcipem, ale i znawstwem zarówno koni, jak i myślistwa.