— Bardzo mi przykro, że pana trudziłem, signore5. Mille grazzia6. Ale skoro pan jest lekarzem, niechże mi pan przede wszystkim powie, czy mi nie ucięto jakiejś kończyny.
— Nie. Będzie pan zupełnie zdrów.
— To jest dość przyjemna wiadomość. Przyjemna dla Drożdżyka, który tam na pewno tęskni za mną i wypłakuje swoje piękne oczy. Przypomina pan sobie Drożdżyka, dottore7?
— Drożdżyka? — profesor zmarszczył brwi.
— Tak, my dear8, mówię o słynnym établissement9 Drożdżyk, rue10 Witebska quinze11... Restauracja z punktu widzenia fiskalnego zaliczona do trzeciego rzędu, ale pierwszorzędna pod względem towarzyskim, obyczajowym i moralnym. Etablissement Drożdżyk. Nic to panu nie mówi? Rendez-vous12 eleganckiej Warszawy. High life13... Tam właśnie mieliśmy zaszczyt i przyjemność.
Profesor Wilczur przetarł czoło.
— Czyżby?... To pan... pan mnie wtedy zaczepił na ulicy?...
— Si, amico14. Toczno15 tak, tak imienno16. Wstąpiliśmy do Drożdżyka, by przy czterdziestopięcioprocentowym roztworze alkoholu poruszyć pewne zagadnienia abstrakcyjne, co się nam też w zupełności udało. O ile sobie przypominam, miał pan wówczas jakieś przykrości i niestety zbyt opasły pugilares17 w kieszeni. Od owego dnia używałem pańskiego przykładu jako argumentu, ilekroć głosiłem cnotę ubóstwa. Zawsze byłem zdania, że bogactwo nie daje szczęścia. Gdyby pan nie miał wówczas tyle pieniędzy, nie zdzielono by pana łomem po głowie i nie topiono w gliniance.
Jemioł spojrzał w oczy Wilczurowi i dodał:
— Nein, mein Herr18, vous vous trompez19. Ja nie brałem w tym udziału. Dowiedziałem się o wszystkim nazajutrz. Wieść gminna. Legenda. Jeszcze jedna legenda do rozmyślań nad znikomością rzeczy ludzkich.