Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— Co on mi się tam ma podobać czy nie podobać? Albo to on dla mnie? Ja mam swojego Wasyla i innych nie potrzebuję. A jak się komuś przywiduje, że ja do doktora strzelam oczami, to to nieprawda.
— A komuż się to przywiduje? — z zaciekawieniem zapytał Wilczur. — Wasylowi?
— Nie Wasylowi, tylko pannie Łucji.
— Skądże ty o tym wiesz, że jej się tak przywiduje?
— A bo tu jednego razu tak nakrzyczała na mnie, że nie wiem. Nawet groziła, że się panu profesorowi poskarży. Że ja niby do pana doktora jakieś flirty robię. Potrzebny mi on akurat. Niech go sobie ma. Ja nie dla niego, on nie dla mnie. Ale pierwszy raz słyszę, żeby się nie było wolno pośmiać. Pan profesor też nieraz ze mną się śmieje.
Wilczur chrząknął i powiedział w zamyśleniu:
— Pewno, że wolno.
— No, właśnie. Ja wiedziałam z góry, że pan profesor na mnie się nie będzie gniewał.
— Na nikogo się nigdy nie gniewam, drogie dziecko — westchnął Wilczur, zasiadając do przygotowanej herbaty. — No, a cóż tu poza tym nowego? U Prokopa wszyscy zdrowi?